konkurs
KSIĽŻKA Z WAKACJI
Wakacje to okres, kiedy jest dużo czasu
wolnego - można wówczas
przeczytać zaległą lekturę lub sięgnąć po nowości książkowe. Zachęcamy
do podzielenia się wrażeniami z przeczytanych książek czyli wzięcia
udziału w konkursie. Wybierzcie tę jedną - wyjątkową i polećcie ją
innym. Prace w formie pisemnej prosimy przynosić do biblioteki do dnia
29 września. Najciekawsze nagrodzimy książkami oraz zamieścimy na
stronie internetowej biblioteki. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi 30
września br.
Wyniki
Dziewięć osób podzieliło się wrażeniami z
wakacyjnej lektury. Najciekawszą pracę (zamieszczoną poniżej) napisała Maria
Tengowska z kl.
IVe, która przedstawiła "Grę w
klasy" Julio Cortázara - swoją wieloletnią fascynację. II
miejsce zajął Krzysztof Jania z kl.
IVa polecający trudną w odbiorze książkę : "Malowanego ptaka" Jerzego
Kosińskiego. Na III miejscu uplasowała się Joanna
Janik z kl. Ie zachęcająca nastolatki do przeczytania czterech
części powieści "Ala Makota"
Małgorzaty Budzyńskiej.Wymienione osoby otrzymały nagrody
książkowe.
Bawiąc się
kamyczkami...
O "Grze w klasy" Julio
Cortázara.
Nie chcę państwa okłamywać, więc na wstępie,
muszę
się przyznać do pewnej mistyfikacji. Nie przeczytałam tej książki po
raz pierwszy w ubiegłe wakacje. Przeczytałam ją znacznie wcześniej,
trudno mi nawet ustalić konkretną datę... Z resztą to nieistotne.
Zdecydowanie bardziej znaczące w tej sytuacji jest to, że w sierpniu
uległam tej lekturze po raz dwudziesty. Tak, nie mylą się państwo
dwudziesty. I nie jest też pomyłką wyraz "uległam", bo w pełni oddaje
on istotę tej książki.
O czym mowa? O "Grze w klasy" Julio Cortázara.
Jednej książce, będącej tym samym nieskończoną ilością książek w
jednym. Jednej opowieści, będącej jej milionowym wariantem.
Niezmierzonym pasmem poezji, które można ścisnąć do jednego zdania.
Dlaczego czytałam ją tyle razy? Dlatego, że właśnie
taki był zamysł autora. "Gra w klasy" jest powieścią szczególną i nawet
słowo "powieść" nie jest w tym momencie adekwatne. "Gra..." to
układanka, kalejdoskop, układanka, która ożywa i nabiera kształtu,
kolorów w rękach osoby, która chce zmienić ją swoja wyobraźnią,
wrażliwością i uczuciami. W swojej strukturze zawiera przede wszystkim
dwie książki, z których pierwszą należy czytać chronologicznie, a drugą
zgodnie z "mapą" rozdziałów ułożoną przez Cortázara. Ale to nie
wszystko. Największym skarbem tej książki jest to, że można ją czytać
tak, jak tylko się chce, układając kolejne rozdziały z tylko sobie
znaną logikiem, lub wręcz przeciwnie jej kompletnym brakiem.
Autor stawia nas w pozycji pan i władcy boga
niemalże, bo poza swoimi wytycznymi, oddaje książkę w nasze ręce
i pozwala nam robić z jej sensem, bohaterami i wydarzeniami, co tylko
chcemy. Wszystko zależy od nas. Nie ocierając się o zbytnia przesadę
to my jesteśmy autorami "Gry w klasy" i kamyczki w tej zabawie upadają
na pola tylko i wyłącznie wybrane przez nas.
Zapytacie państwo o czym właściwie jest ta książka.
Pytanie to, zasadne w innej sytuacji, w obliczu "Gry..." staje się
bezcelowe, bo odpowiedź: "o ludziach, miłości, życiu i śmierci",
jedynie jednostki wytrzymałe i głęboko shumanitaryzowane nie przyprawia
o paroksyzm śmiechu. Poza tym trudno opowiedzieć komuś wszystkie
historie, które udało mi się stworzyć żonglując rozdziałami.
Cortázara to mistrz słowa. Tka nimi misterny obraz
książkowej rzeczywistości, fabułę chwilami tak odrealnioną, a za
moment, tak boleśnie prawdziwą, że zaczynamy obawiać się kolejnego
akapitu, ba! kolejnego zdania! Tak samo jak strach, narkotyzuje nas
radość i piękno cortazarowskich słów. Świadomość i nieświadomość
utworu. Obłęd i spokój. Jak pisze austriacki filozof Wittgenstein:
"granice mojego języka oznaczają granice mego świata". Niewątpliwie,
naszpikowany nawiązaniami i odniesieniami utwór Cortázara, musiał
mieć swoje korzenie i w wittgensteinowskim "Traktacie logiczno
filozoficznym".
"Grę w klasy" czytałam już dwadzieścia razy, choć obawiam się, że i ten
rachunek nie jest zbyt wiarygodny. Sierpniowa zabawa z Cortázarem była
jedną z najlepszych gier w moim życiu. Głownie dlatego, że mam
świadomość, że tak, jak kiedyś się zaczęła, tak skończy się
wtedy, kiedy ja tego zechcę. Nikt inny, tylko ja.
Kiedy, nieżyjąca już niestety, Zofia Chądzyńska
przetłumaczyła "Grę w klasy", stała się ona niemalże Biblią młodzieży
lat 60 i 70. Niewątpliwy wpływa na jej popularność miał
mistrzowski przekład Chądzyńskiej i jej literacki wkład w sama
strukturę "Gry...". Wielokrotnie zarzucano potem tłumaczce, że napisała
ją od nowa, że "sfabrykowała" niejako książkę, co nie przeszkadzało też
krytykom sugerować, że translacja przewyższyła oryginał. Niestety, nie
umiem tego ocenić, bo moja znajomość hiszpańskiego nie pozwala mi (i
obawiam się, że nigdy nie będzie) na profesjonalny osąd. Wiem za to, że
Chądzyńska nie zdołałabym przetłumaczyć "Gry..." nie biorąc udziału w
zabawie, do której zaprosił ją i nas sam Cortázar. Tłumaczenie poezji,
czy prozy, jest i było od zawsze, aktem jej interpretacji, więc trudno
oczekiwać od tłumaczki absolutnego obiektywizmu, czy "niezawisłości".
Nie udało mi się poruszyć, w tym krótkim tekście, choćby jednej
milionowej kontekstów jakie niesie ze sobą lektura "Gry w klasy". Nie
udało mi i nie chciałam też tego zrobić, bo każdy musi sam dla siebie,
zupełnie autonomicznie, odkryć tą książkę. Tylko to ma sens. I tylko
wtedy.
"Gra w klasy" jest niezmierzonym pasmem poezji,
które można ścisnąć do jednego zdania, wypowiedzianego przez Horacia o
sobie i swojej ukochanej, Madze: "chodziliśmy, nie szukając się, ale
wiedząc, że chodzimy po to, żeby się znaleźć". Tak brzmi ono na dziś.
Nie wiem, jak będzie jutro.
A państwo? Które zdanie jest tym jedynym? Warto to
sprawdzić.
Marysia
Tengowska, kl. IV e