Spotkanie olimpijczyków
29 kwietnia 2007 r.
W szkole naszej uczniów mrowie. Uzdolnieni różnorako, czasem obficie, czasem mniej.
Ci odważni młodzieńcy i nie mniej harde białogłowe stają w szranki z wychowankami innych akademii, by w turniejach, olimpiadami zwanych, o sławę, chwałę i zacne nagrody powalczyć.
Akademija nasza w roku pańskim dwa tysiące szóstym i siódmym w zawodach owych wystawiła ponad połowę żaków, co niewątpliwie o zaradności studentów, jak i słusznej zachęcie belfrów znakomicie świadczy.
Jakie to konkursy, zapewne spytacie? Otóż odpowiem prosto, drodzy słuchacze - wariantu każdego!
Próbowali się biolodzy z ich trudną łaciną i setkami nieznanych nam, szaraczkom, gatunków, chemicy narażali na szwank swe ciała trudniąc się alchemiją, matematycy nieustraszenie parli naprzód przez szańce obsadzone legionami liczbowymi, a humaniści - jak to wychowankowie Muz, jeśli nie spędzali czasu bujając w polonistycznych obłokach, to mocowali się z armiami dat historycznych.
Wielkie zapatrywania, wielkie nadzieje towarzyszyły mym zacnym kamratom. I choć wielu z nich poległo w pierwszych turniejowych eliminacjach, dali innym szczebel do sławy grodu!
I tak rozesłano lotne podjazdy na świata cztery strony, aby zwiedziały się, na jakich to uczelniach przyjdzie naszym, już w ogniu walki ochrzczonym olimpijczykom znów z podobnymi sobie się ścierać.
Ostatecznie w wyścigu po bezcenny i rzadki skarb Indeksusem zwanym sięgnęła nieledwie garstka mych towarzyszy. Lecz co to za kompani, bracie i siostro! Ze świecą takich szukać!
Nadobne niewiasty o umyśle bystrym, niczym górski potok! Nieustraszeni młodzieńcy zaprawieni w bojach! Szczere serca, a i rozumy harde, jak w Hefajstosa kuźni wykute. Słowem - "oligoi aristoi" - nieliczni i najlepsi.
Dość rzec, iż fortuna w roku tym sprzyjała tym, którzy ukochali Nauczycielkę Życia - Historię. Oni to w słynnym mieście Gdańsku z równymi sobie się próbowali. I wrócili na tarczy, a skronie ich zwieńczył laurowy wieniec.
Równie serce me, choć jam niegodzien, radują sukcesy młodych żaków, którzy również w humanistycznej dziedzinie szkoleni - ojczystym naszym jęzku, wysokie pozycje posiedli w mieście królewskim Krakowie.
Lecz cóż pozostało tym, którzy nie sprostali żakom innych akademii? Czyż nie winni rąk załamywać, a błagań ku niebu wznosić?
Nic to, bracia i siostry! Nic po sobie nie dać poznać, rozproszone siły przegrupować i atakować raz następny! Jako rzekł mistrz nasz historii, dr Kruczek: "dokopać" oponentom i sięgnąć po laur.
Kto wie, może tym razem pani Fortuna na was właśnie skieruje swe łagodne oblicze?
Kończąc, wspomnieć wypada o wdzięczności miasta Nowego Sącza uczelni naszej okazanej - skromne acz godne prezenty podarowane zostały każdemu, kto udział swój w olimpiadzie zaznaczył, a ich wartość rosła wraz z postępami w danym turnieju. Dość rzec, że nikt z pustymi rękami nie wyszedł, lecz ukontentowany podarunkami salę opuścił.
I ja tam byłem, miód i wino piłem, a co widziałem i słyszałem, to w relacji tejże opisałem.
zdjecia...
Mirosław Woźniak, kl. IIB