Obserwuję u siebie ciekawe zjawisko. Minęło 52 lata od mojej matury, a ja mam opory przed przekroczeniem progów II Liceum. Nie jest to absolutnie niechęć do szkoły, którą wspominam z sentymentem. Jest to obawa przed utratą iluzji, która dostarcza mi miłych wzruszeń, a składa się z bardzo namacalnych obrazów i odczuć.
Kiedy przechodzę ulicą Żeromskiego i mijam budynek mojej szkoły, wyobraźnia każe mi przekroczyć jej progi. Wchodzę więc (w myślach) w jej bramę i widzę - naprawdę widzę naszego miłego, zawsze uśmiechniętego woźnego, pana Kociołka o głowie ostrzyżonej na wzór marszałka Piłsudskiego. Niezmiennie grzeczny wobec nas, smarkul, osłaniał nasze spóźnienia ociągając się z zamykaniem bramy punktualnie o godzinie ósmej, co miało zmienić szkołę w twierdzę niedostępną dla spóźnialskich.
Wchodzę na korytarz i skręcam w lewo do pokoju nauczycielskiego, który znajdował się na samym końcu. Zaraz zapukam, zajrzę i wyjdzie moja droga wychowawczyni, pani Maria Gawrońska, by zapytać, jak nieraz:
- Czego, Krzysiu, chciałaś?
Z boku korytarza pod oknem znów usadowiła się moja serdeczna koleżanka, Krysia Ombach, i jak zwykle rozmawia ze swoją ciocią, profesorką francuskiego, panią Elżbietą Ombach. Były do siebie niezwykle podobne: blond warkocz owinięty wokół głowy, jednakowe, niebieskie oczy w ciemnej oprawie, różniła je tylko postura.
A na dyżurze korytarzowym spaceruje pilnując porządku dochodzący z I LO profesor fizyki Stanisław Bernacki z narzuconym jak zwykle płaszczem. Był to pan w średnim wieku, nie dość, że przystojny, to kłaniał się pierwszy na ulicy nam, 16-latkom. Nic dziwnego, że kochało się w nim pół szkoły...
Te obrazy są tak realne, że chcę je zachować, zawsze już widzieć takie wnętrze II LO.
Przyjechałam z rodziną z Rzeszowa do Nowego Sącza w 1947r. i zostałam zapisana do klasy 2c z językiem francuskim, do liceum wówczas żeńskiego. Wychowawczynią w tym roku była miła i życzliwa łacinniczka prof. Zofia Jagoszewska, już wówczas starsza pani, która zaraz przeszła na emeryturę, ale podobno dożyła stu lat.
Z klasy drugiej przeszłyśmy do klasy dziewiątej (IXc), zgodnie z przemianowaniem szkół na wzór radziecki na jedenastolatki. Nasi nauczyciele to byli wspaniali ludzie, pedagodzy z powołania, z przedwojennym przygotowaniem i doświadczeniem, czego my, nastolatki, nie umiałyśmy wtedy w pełni docenić.
Nową wychowawczynią została pani Maria Gawrońska - polonistka pochodząca ze Lwowa. Drobna, niewysoka, ciemna blondynka, warkocz miała owinięty wokół głowy, a jasnoniebieskie oczy spoglądały serdecznie spoza okularów w brązowej oprawce. Widzę ją tak realnie jak wówczas - w beżowym wdzianku, które nosiła w chłodnej porze roku. Wtedy wiele profesorek nosiło modne wówczas wdzianka - kasaki (plecy i przody z flauszu czy sukna, a rękawy i stójka lub kołnierzyk z dobranej kolorem włóczki). Zmarła wcześnie i leży przy głównej alei sądeckiego cmentarza. Była to osoba życzliwa, cierpliwa i budująca swój autorytet na dobroci - tak cenna, a rzadka rzecz u nauczycieli.
Byłyśmy klasą zdolną, acz niesforną, z dużą grupą "śmieszek" chichoczących z byle czego (cóż, wiek dojrzewania...). Kiedy czyjś tłumiony śmiech zbyt przeszkadzał w lekcji polonistka łagodnie prosiła:
-Idź, wyśmiej się na korytarzu, a potem wróć.
To pomagało. Nieraz i ja wracałam z korytarza opanowana i zawstydzona.
Historii uczyła nas prof. Maria Liszkówna - też życzliwa i dobrotliwa,
może zanadto - do tego stopnia, żenazywałyśmy ją Słodyczką. Matematyczka to prof. Maria Flisówna - starsza pani, jak większość naszego grona, siwa, niecierpliwa i dosyć surowa. Jej lekcji bał się ogół klasy.
Właściwie stałe grono naszej szkoły składało się głównie z pań, z wyjątkiem kolejnych dyrektorów. Mężczyźni dochodzili z I LO.
I takim dochodzącym był fizyk, świetny nauczyciel, profesor Feliks Rapf. Wysoki, szpakowaty, lekko pochylony, zawsze opanowany. Był tak zasłużony, ze w I LO jest gabinet fizyki jego imienia. Po nim uczył nas fizyki wspomniany już profesor Bernadzki. Chemia była domeną profesora Oktawiana Dudy. Mądry i wyrozumiały uważał, że od dziewcząt nie można wymagać opanowania ścisłej wiedzy i traktował nas pobłażliwie. Bardzo go lubiłyśmy. Pochodził z Krzemieńca i te Kresy pięknie dźwięczały w jego śpiewnej mowie. Biologię prowadziła u nas najpierw sympatyczna profesorka Bergerówna, a po niej profesor Szewczyk - zawsze wesoły i dowcipny, zwany był Enzymem. Nie pamiętam kto nas uczył geografii po dyrektorze Zielińskim. Widzę jego zawsze wyprostowaną, wysoką, szczupłą sylwetkę, zwieńczoną szlachetną, siwą głową. Ludowa władza odsunęła go od kierowania szkołą. A cieszył się on wśród uczniów i nauczycieli ogromnym autorytetem, co wynikało z budzącej szacunek osobowości. Na jego miejsce mianowano bardziej dla władz godnego zaufania pana Ryszarda Gessinga...
Wychowanie fizyczne to dwie panie: Bronisława Szczepańcówna i Ewa Frysiówna - żywa jak iskra, drobna, o krótkiej, kędzierzawej fryzurce - ruchliwa, energiczna i niezwykle sprawna fizycznie (do dziś ją widuję w dobrej formie).
Jeszcze wspomnę o profesorze Kazimierzu Golachowskim który przyszedł do nas, do klasy maturalnej na półroczne zastępstwo za chorą panią Gawrońską. Był już wtedy na emeryturze. Wysoki, mocno zbudowany, zawsze elegancki (garnitur, krawat), o bardzo bujnej, ciemnej czuprynie. Widziałam go w szpitalu, tuż przed jego śmiercią (miał już ponad 90 lat). Tak mało był zmieniony... Było to dla mnie ciężkie przeżycie... To właśnie dzięki niemu zetknęłam się z prowadzeniem zajęć metodą uniwersytecką. Zawdzięczam mu wybór drogi życiowej - polonistykę, czego ucząc w szkołach średnich do 70 roku życia nigdy nie żałowałam.
Mój rocznik był chyba ostatnim przed zniesieniem religii w szkołach. Nie zapisała się w mej pamięci ksiądz uczący w młodszych klasach, Jan Czerwiński (zwany księdzem-patriotą, co oznaczało poparcie dla reżimu). Pamiętam lekcje w klasie przedmaturalnej z ks Wawrzyńcem Dudziakiem, którego jak mi się wydaje peszyły hałaśliwe pannice i w związku z tym zmieszany nie prowadził zbyt interesująco lekcji religii.
W najstarszej klasie pojawił się nauczyciel, za którym przepadałyśmy, profesor Konstanty - były "cichociemny", niedawno przybyły z Zachodu. Był średniego wzrostu, nieco pochylony o zdecydowanie ptasim profilu. Był ogromnie lubiany. Chyba uczył propedeutyki filozofii, ale nie pamiętam - w pamięci natomiast zostały ogromnie ciekawe lekcje - gawędy. Widzę jak stoi oparty o piec, a my wszystkie zwrócone ku nauczycielowi - rozmawiamy z nim, słuchamy, bez zwykłych u nas chichotów i wygłupów. W ogóle nasze piece kaflowe często były miejscem, skąd były prowadzone lekcje.
Jak już wspomniałam, nasza szkoła była czysto żeńska, o koedukacji nie było jeszcze mowy. Nie nazywała się II LO, ta nazwa należała do Liceum im. Bolesława Chrobrego. Liceum I i II były to szkoły męskie. Brak koedukacji powodował, ze każdy kontakt z uczniami liceum męskiego był dla nas ekscytujący. Tak było, gdy z powodu braku pracowni fizycznej i chemicznej w naszej szkole chodziłyśmy na zajęcia z tych przedmiotów do pracowni I LO na Długosza. Jakież to były emocje! Cały tydzień czekałyśmy na te lekcje. Dochodziłyśmy do I "budy" jeszcze podczas dużej przerwy. Wszystkie okna budynku były wypełnione wywieszonymi do pasa chłopakami, którzy witali nas hałaśliwie.
Raz w roku były zabawy karnawałowe. Zapraszało się równoległe klasy z I LO (z II LO nasza szkołą chyba nie była tak zaprzyjaźniona). Korytarz pierwszego piętra był odświętnie udekorowany: lampiony, bibuły, jedlina, girlandy papierowych kwiatów. Sale lekcyjne też nabierały jakże innego wyglądu: w jednej był bufet, w innej loteria fantowa czy koło fortuny, a w jeszcze innej urządzono salę czarów - rozwieszono liczne kotary, wśród których siedziały koleżanki przebrane za wróżki, czarownice i cyganki. Wszystkim chętnym wróżyły z ręki, fusów, stawiały kabałę czy "czytały" przyszłość w szklanej kuli, którą ktoś nam pożyczył.
Stroje "balowe" były bardzo skromne - w końcu to było zaledwie parę lat po wojnie, fryzury najwyżej z warkoczy przerobionych na koki (jakoś włosów się nie rozpuszczało), a o makijażu w ogóle nie było mowy - ale bawiłyśmy się wspaniale, nawiązywały się nieraz bardzo trwałe i głębokie sympatie. Sukienki były albo letnie - zwiewne z krótkim rękawkiem czy falbanką - te tylko imitowały suknie balowe. Było też trochę wieczorowych (skromnych!) kreacji wyszperanych w szafach matek czy ciotek, Trafiały się i białe bluzki z granatową spódnicą. Przybraniem były bądź korale, bądź sztuczne kwiaty (to częściej). Modne też było wpięcie kwiatu przy koku, czy u nasady warkocza. Obuwie "balowe" to lekkie sandałki, bardzo rzadko na obcasie. Każda z nas miała w zanadrzu kotylion (rozeta z kilku warstw wstążek, od tego zwisały szarfy, a w środku wpięta była jakaś błyskotka) i w czasie białego walca przypinała wybranemu partnerowi, a ten rewanżował się bukiecikiem lub pojedynczym kwiatem.
Przed balem, zwykle w jesieni, szkoła organizowała kurs tańca. Zawsze było dużo uczestniczek, bo nawet umiejące tańczyć chętnie się zapisywały. Kurs był wspólny z kolegami - licealistami, i choć surowe oko instruktorki i narzucona dyscyplina trochę nas peszyły, to i tak te tańce miały wielki urok.
Byłam niezłą uczennicą, ale właściwie aż się dziwię, jak mało czasu poświęcałam nauce. Tyle było atrakcji w ramach działalności szkoły, ze każdy znajdował coś dla siebie.
Na przykład - Harcerstwo. Zdążyłam jeszcze zakosztować prawdziwego skautingu, zanim władze przerobiły ZHP na OH (Organizacja Harcerska). Drużyną w naszym liceum opiekowała się druhna Szczepańcówna, zresztą harcmistrzymi w Komendzie Hufca. Nosiłyśmy szare mundurki i granatowe chusty. Miałam zaszczyt na uroczystościach nosić sztandar hufca, z czego byłam bardzo dumna.
Ale jednym z najmilszych wspomnień był obóz w Jurgowie. Wieś w Tatrach, do której nie było żadnej komunikacji, tylko ciężarówka dowiozła sprzęt i namioty, które musiałyśmy od razu rozbić, żeby było gdzie spać. Obóz był za wsią, pod lasem, nad rzeką Białką, do której lodowatej wody chodziłyśmy codziennie się myć.
Poza namiotami dla dwudziestu dziewcząt był namiot dla komendy (drużynowa Baśka Milówka - bardzo już dorosła w naszych oczach - chyba właśnie po maturze i jej przyboczna - Bocheńska (?) I tyle. Żadnych dorosłych, ani nauczycieli. Raz była wizytacja komendy hufca w osobie druhny Zielińskiej. Może właśnie dlatego, że nas nie nadzorowano, byłyśmy bardzo odpowiedzialne i zdyscyplinowane. Czas upływał na tropicielstwie, poznawaniu górskiej przyrody (robiłyśmy zielniki) oraz pomocy gospodarzom z Jurgowa przy sprzęcie siana, który akurat wtedy miał miejsce. Oczywiście zastęp dyżurny gotował na kuchni polowej, grałyśmy też w gry zespołowe. Najmocniej biły serca w czasie nocnej warty. Zdarzyło się, że właśnie wtedy, gdy pełniłam wartę, tuż po północy urządzili sobie podchody do naszej flagi na maszcie, harcerze z "Czarnej Jedynki" (był to obóz męski z I LO stacjonujący kilka kilometrów dalej). Zdążyłyśmy podnieść alarm i flaga ocalała.
Przy liceum działało też Koło Krajoznawcze pod opieką naszej wychowawczyni - pani Gawrońskiej. Poznawałyśmy region robiąc mnóstwo wycieczek: Pieniny, Prehyba, Niedzica itd. O samych wycieczkach po górach nie będę opowiadać, bo pewnie te same szlaki wydeptuje i dzisiejsza młodzież. Ale jazda do punktu wymarszu była nie lada atrakcją. Nie było komunikacji autobusowej, a może jakaś rzadka, dość, że wynajmowałosię ciężarówkę. Wspinałyśmy się na pakę (oczywiście bez plandeki) i siadałyśmy na umocowanych wokoło ławkach - deskach. To była cudowna podróż - wiatr rozwiewał włosy, szarpał chusteczkami, smagał opalając twarze. Powietrze i letnie zapachy zapierały dech w piersiach. Śpiewałyśmy na całe gardło. Najwspanialej było stanąć za budką szoferki, twarzą do kierunku jazdy - dopiero wtedy czuło się pęd! (Chyba teraz traktuje się młodzież nadopiekuńczo, a warunki są cieplarniane...
Na jednaj z takich wypraw pod Trzema Koronami zdążyłyśmy zobaczyć jeszcze autentycznego pustelnika. Mieszkał tam w eremie - szałasie. Długa za pas broda, długie włosy, habit, a w szałasie trumna, w której spał. Po kilku latach, gdy znów byłam w Pieninach, już go nie było, prawdopodobnie zmarł, a jego "następcy" przychodzili codziennie w okolice szałasu, by naciągnąć turystów na datki.
Z naszym kołem byłyśmy na Targach Poznańskich. Zorganizowano też spotkanie z Bierutem w Warszawie. Mianowicie w 1949r urządzono w Warszawie zlot zarządów młodzieżowych Kół Krajoznawczych. Byłam wtedy prezeską naszego koła. Pojechało nas kilka, oczywiście z panią Gawrońską. Jednym z punktów programu było zaproszenie do Belwederu, gdzie całą grupę przyjął Bolesław Bierut. Wyłamałam się z gromady i wymknęłam do parku za pałacem, gdzie próbowałam zaprzyjaźnić się z oswojonymi sarenkami, co było dużo milsze niż uścisk ręki uzurpatora na prezydenckim fotelu. Bałam się trochę konsekwencji, ale moja kochana opiekunka skwitowała moje zachowanie pełnym zrozumienia uśmiechem.
Szkoła nawiązała współpracę z Muzeum Sądeckim, które mieściło się wówczas w starym domu obok kościoła ewangelickiego. Kustoszem był pan Rachwał - uroczy, starszy pan, który chętnie zapraszał dwie - trzy uczennice do porządkowania zbiorów. Ileż tam widziałam ciekawych staroci, których nigdy potem już nie spotkałam w obecnych ekspozycjach Muzeum Sądeckiego!
W zimie miejsce wycieczek zajmowały kuligi, np. do Nawojowej, czy Starego Sącza, główną szosą, bo ruch samochodowy był minimalny. Były to oczywiście kuligi konne, bo nikt jeszcze nie wymyślił takiego paskudztwa, jak kulig za traktorem.
Dziś dopiero w pełni doceniam, jak ogromnie dużo dla naszego rozwoju zrobiła skromna, łagodna, trzymająca się w gronie na uboczu - pani Gawrońska.
Szkoła dbała tez o rozwój sportowy. Nie cierpiałam zajęć na sali gimnastycznej - już wtedy znakomicie wyposażonej (zapewne dziedzictwo przedwojenne), ale moim hobby była siatkówka, którą trenowała z nami pani Frysiówna. Treningi swoją drogą, ale od lata do jesieni spędzałam popołudnia na boisku siatki ręcznej obok szkoły z grupą najbliższych koleżanek. Drużyna naszego liceum reprezentowała przez jakiś czas szkoły średnie Nowego Sącza.
Dwa lata i rok przed maturą grałam w teatrze szkolnym. Prowadził go pan Drzymuchowski, ponoć kuzyn naszej matematyczki pani Flisówny, jak fama głosiła - były aktor. Niestety, był to teatr "niskich lotów". Winę chyba ponosiły okropne sztuczydła, głupawe komedyjki z przełomu wieków będące nędznym naśladownictwem Perzyńskiego czy Blizińskiego - ich autorów nie znałyśmy. Grały same dziewczęta, mimo przewagi męskich ról (jacyś szlachcice - bibosze, karciarze, hazardziści itp.). Było to fatalne. Występy odbywały się w naszej pięknej, szkolnej auli ze sceną. Raz, nawet doszło do wyjazdu do Krynicy, gdzie grałyśmy w Starym Domu Zdrojowym. Wtedy właśnie, podczas jednego z przedstawień siadłam na widowni chcąc popatrzeć na akt, w którym nie brałam udziału. Siedziała koło mnie pani, która była, jak się okazało w rozmowie - warszawską aktorką przebywającą w jednym z sanatoriów. Do dziś mi wstyd, do dziś mam w uszach jej głęboko zdumiony głos:
- Dlaczego godzicie się brać w czymś takim udział?
Natomiast udane były koncerty szkolne, tez w wykonaniu uczennic. Przeplatały się tam śpiewy chóralne z solowymi oraz recytacje. Tu repertuar był na dobrym poziomie: pieśni Moniuszki, popularne arie operowe i operetkowe, wiersze Staffa, Tetmajera, Ejsmonda, Tuwima itp. Koncerty były wielokrotnie powtarzane przy zawsze pełnej widowni złożonej z sądeckiej publiczności.
Oczywiście licem miało zawsze swoją reprezentację w ogólnopolskich konkursach recytatorskich, których uczestniczki docierały z reguły do etapu krakowskiego.
Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o bazie materialnej ówczesnej szkoły, która różniła się znacznie od obecnej. Budynek szkoły nie zmienił się, poza innym dziś rozmieszczeniem gabinetów i pomieszczeń biurowych. Urządzenia były takie, jak przed wojną - ławki, gdzieniegdzie tylko stoliki i krzesła. Piece kaflowe nie ogrzewały dobrze całych klas, biada było siedzieć w rzędzie pod oknem. W salach na parterze czuło się wilgoć. Może to był grzyb?
Wspaniałym pomysłem dyrekcji (chyba przedwojennej) była "letnia klasa". Za szkołą był ogród, ciągnący się w stronę ulicy Grodzkiej (dziś tam są garaże). Tam właśnie, w pewnej odległości od budynku rósł żywopłot zasadzony w prostokąt z przerwą na wejście. W ciepłe pogodne dni maja, czerwca, czy września wynoszono tam stoliki i krzesła i jedna z klas mogła mieć niekonwencjonalne lekcje wśród zieleni. Wiew przyrody, śpiew ptaków, półcień - były to niezapomniane wrażenia. Treść lekcji docierała jednak słabiej. Pamiętam takie lekcje tylko z XI klasy. Może to był przywilej klas maturalnych?
Zupełnie inaczej niż dziś przedstawiały się przybory uczniowskie noszone w teczkach, jakich dziś używajączasem urzędnicy. W użyciu były najczęściej zwykłe pióra, a na ławkach stały kałamarze, lub w specjalne otwory były wpuszczone tzw. grzybki z atramentem. Kilka z nas miało wieczne pióra, przedmiot zazdrości innych. O długopisach pod nazwą piór kulkowych słyszało się już, ale nie znało. Chyba byłam w X klasie, gdy przyszły do szkoły jakieś paczki od Polonii Amerykańskiej, z pomocami naukowymi. Dla wszystkich nie starczyłoby, więc losowałyśmy. I tak, w naszej klasie znalazło się parę szczęśliwych posiadaczek długopisów. Piórniki miałyśmy w formie drewnianych, podłużnych skrzynek o rzeźbionych wieczkach. Ich zawartość to ołówki, cyrkiel, mała ekierka, kilka stalówek, gumka i zszyta z paru szmacianych kółeczek wycieraczka do stalówek, używana po zakończeniu pisania. Nauczyciele poprawiali zeszyty czerwonym ołówkiem (to były takie pół czerwone, pół niebieskie). Zeszyty były w miękkich okładkach, papier miały fatalny, szary, często atrament rozlewał się wokół liter.
Najgorzej było z pomiarem czasu. Zegarków nie mieli nawet nauczyciele. Byłam jedyną w klasie posiadaczką przedwojennego zegarka na rękę. Przypominam sobie jak nieładnie nadużywałam sytuacji: gdy nasza polonistka pytała mnie w trakcie lekcji:
- Krzysiu, ile do dzwonka? -
a ja, niezależnie od tego czy było to 15 czy 20 minut, mówiłam:
- Siedem minut.
Trzeba było więc lekcję szybko kończyć i zostawało dużo czasu na swobodną rozmowę z ulubioną nauczycielką.
Jak wyglądałyśmy będąc uczennicami? Nosiłyśmy wszystkie granatowe fartuszki zwane chałatami. Miały fason fartuchów lekarskich zapinanych na przedzie z góry na dół. Szyte były najczęściej z tkaniny podszewkowej. Do tego konieczny był biały kołnierzyk i tarcza, co było surowo sprawdzane przez dyżurnych pedagogów. Może to dziwne, ale w odróżnieniu od późniejszych pokoleń uczniowskich cieszyłyśmy się z tego umundurowania, gdyż pod fartuszkiem można było ukryć pocerowane swetry, kuse, bo wyrośnięte spódnice (długość obowiązywała poniżej kolana) itp. biedne ubiory z tuż powojennych lat. Na nogach nosiło się tenisówki lub sandały, a w chłodnej porze półbuty i trzewiki. Przy największych mrozach można było mieć [pod chałatem spodnie - tzw. narciarki, ale częściej nosiłyśmy grube pończochy (rajstop nie było) i ciepłą bieliznę.
O makijażu nastolatkom się nie śniło. Nie malowały się nawet nasze profesorki. Nie miały też trwałej ondulacji, kolor włosów był naturalny. Dominowały warkocze - u uczennic spuszczone, zaś u pań były upinane wokół głowy, lub nosiły staroświeckie koczki.
A zachowanie? Dziś widząc współczesną młodzież uznaję, że byłyśmy o wiele bardziej zdyscyplinowane. Mowy nie było o paleniu papierosów (może czasem, chyłkiem, na prywatnej imprezie). Tak samo z alkoholem. O narkotykach się nawet nie słyszało. Nie do pomyślenia były w ustach młodzieży wulgaryzmy. Pewnie, że nie byłyśmy idealne: śmiechy na lekcjach, nieuwaga, obijanie się. Ale nikt nie odważył się odezwać grubiańsko do nauczycieli. Zdarzały się i wagary. Pamiętam, że w ostatniej klasie uświadomiłam sobie, że kończę szkołę, a nigdy jakoś nie zdarzyło mi się pójść "na labę". Więc wybrałam się z dwiema koleżankami nad Dunajec zamiast do szkoły. Siedziałyśmy na wale, próbowałyśmy się opalać i nudziłyśmy się... Jakoś nic z tego nie wynikło - nieobecność poszła na karb jakiejś dolegliwości.
I tak dotarłam do matury. Była ona dużo cięższa niż potem. Wprawdzie egzaminy pisemne były przeprowadzane tak, jak i dziś, ale ustne abiturient musiał pokonać w jednym dniu z pięciu czy sześciu przedmiotów. Szło się od komisji do komisji i zdawało. O ile się nie mylę, było to język polski, historia, wiedza o Polsce i świecie, matematyka, fizyka, biologia. To był straszny "maraton", ale musiało się go przejść... W komisji maturycznej zasiadał wtedy tzw. czynnik społeczny - jakiś mocno partyjny działacz, niekoniecznie wykształcony. Można sobie wyobrazić jak to denerwowało naszych (przecież przedwojennych) nauczycieli i napawało lękiem, by nie nastąpiła jakaś "wpadka" polityczna w wypowiedziach uczniów. Pamiętam te spięte twarze egzaminatorów, zwłaszcza przy historii i nauce o Polsce i świecie.
Część z nas po majowej maturze ogólnokształcącej zdawała w czerwcu maturę pedagogiczną. Było to tak, ze władze, by nadrobić powojenne braki w polskiej kadrze nauczycielskiej zarządziły w 1950r. zorganizowanie dla chętnych w każdym liceum klasy o profilu pedagogicznym. Byłam już w ostatniej klasie i zgłosiłam się. Wśród chętnych dziewczęta, które czuły żyłkę pedagogiczną. Ciekawe, ze wybór się sprawdził i wiele z nas było potem znanymi w Sączu nauczycielkami, a jedna została dyrektorem V LO w Krakowie.
Gdy wyszłam ze szkoły z oboma dyplomami pod pachą - pełna optymizmu, całkowicie zwrócona myślą i emocjami ku przyszłości, nawet się nie obejrzałam na mury, w których spędziłam cztery lata. Na wspomnienia przyszedł czas dużo później...
I tak dziś, po pół wieku raz jeszcze spróbowałam wmieszać się w ten granatowy, roześmiany tłum dziewcząt na korytarzu mojej szkoły w czasie dużej przerwy, poczułam się jedną z nich.
"Szkoło, szkoło..." powtarzam za Tuwimem. I nadal unikać będę wejścia w Twoje obecne, tak już obce dla mnie progi. Niech iluzja trwa!